Historia

Parafi

Początki parafii pw. NMP Królowej Różańca Świętego sięgają roku 1958, kiedy to ks. biskup Ordynariusz Edmund Nowicki dnia 12 sierpnia erygował nową parafię NMP Królowej Różańca Świętego z części parafii katedralnej. Pierwszym duszpasterzem wspólnoty przymorskiej był ks. Roman Siudek. Lata istnienia naszej parafii to wprawdzie niewiele wobec tradycji bogactwa historii wielu gdańskich parafii, jednak jej bieg oddaje najlepiej obraz tej wspólnoty. Można wyróżnić pewne wyraźne etapy rozwoju parafii i jej życia. 

 

Lata 1958-1971 to czas powstania parafii i wybudowania prowizorycznej kaplicy z mieszkaniami dla księży, zbieranie podpisów pod petycjami do władz i urzędów i nieustanna walka o pozwolenie na budowę kościoła. To także czas tworzenia się pewnych tradycji, którą tworzyli miejscowi Gdańszczanie mieszkający tu od lat i napływające coraz większe grupy z terenu Pomorza i z całej Polski. Parafia nabierała kształtów nie tylko instytucjonalnych, ale przede wszystkim tworzył się fundament wiary w sercach mieszkających tu ludzi świadomych swoich praw, ale i odpowiedzialności za ten mały, lokalny Kościół. 

 

Lata 1971-1976 to czas budowania kościoła i umacniania wiary przez ks. prał. Jana Majdera. Osiedle liczyło wówczas ponad 50 000 mieszkańców. To była szczególna i duża rodzina o specyficznym klimacie. Może wpływała na to atmosfera stoczniowej braci, której tu było dużo. W roku 1975 odwiedził naszą parafię kard. Stefan Wyszyński, a w roku 1976 kard. Karol Wojtyła. Lata 1976-1999 były czasem zagospodarowania możliwości, jakie daje własny kościół i to dwupoziomowy. 10 salek katechetycznych, budynek mieszkalny, warto wspomnieć, ze w tym czasie na katechezę do salek katechetycznych uczęszczało 9 000 dzieci i 3 000 młodzieży. Księża i siostry Serafitki pod przewodnictwem proboszcza ks. prał. Jana Majdera prowadzili bogate życie duszpasterskie. 

 

Na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych z naszej parafii powstała wspólnota św. brata Alberta przy ul. Olsztyńskiej i wspólnota św. Józefa przy ul. Jagiellońskiej. W parafii macierzystej pozostali przede wszystkim ludzie starsi, mniej młodzieży i dzieci. Pojawiły się wówczas nowe wspólnoty: Kolejarzy, Kaszubów, Semper Fidelis, ruchy młodzieżowe. Wielkim przeżyciem dla całej wspólnoty przymorskiej była nagła śmierć ówczesnego proboszcza ks. prał. Jana Majdera w 1999 roku. Ziarno wiary rzucone przez ks. Romana i ks. prałata Jana w serca mieszkańców naszej dzielnicy przynosiło i przynosi plon. 

Pierwszy proboszcz naszej parafii – ks. Roman Siudek, brał udział w uwolnieniu kopii cudownego Obrazu Matki Bożej Jasnogórskiej uwięzionej przez władze PRL w kaplicy na Jasnej Górze. Działo się to w 1972 roku. Opowiada o tym książka księdza Józefa Wójcika, pomysłodawcy tej brawurowej akcji.

 

Niespełna stustronicowa książeczka, zatytułowana „..I wróciła na szlak nawiedzenia”, jest obecnie rozprowadzana w diecezji radomskiej. Ksiądz Wójcik był bowiem wtedy młodym wikariuszem w radomskiej parafii Opieki Najświętszej Maryi Panny (obecnie parafia katedralna), a uwolniony obraz trafił właśnie na uroczystości do Radomia.

 

Kopia Obrazu Jasnogórskiego, wykonana przez prof. Leonarda Torwirta z Uniwersytetu Toruńskiego, została w maju 1957 roku poświęcona przez papieża Piusa XII. Zawiózł ją do Watykanu Prymas Polski Stefan Wyszyński w swej pierwszej po uwolnieniu z więzienia podróży do Rzymu, gdzie otrzymał kapelusz kardynalski.

 

Po uroczystościach maryjnych na Jasnej Górze 28 sierpnia 1957 roku kopia cudownego obrazu rozpoczęła wędrówkę po Polsce. Obraz miał odwiedzić wszystkie diecezje i wszystkie parafie. Nawiedzanie miało trwać także w czasie obchodów Tysiąclecia Chrztu Polski, przypadający na rok 1966.

 

Uroczystości z udziałem Obrazu gromadziły wielkie tłumy wiernych, co nie mogło podobać się ówczesnym komunistycznym władzom. Postanowiły one zadziałać w swoim stylu i usunąć Obraz z obchodów milenijnych. 20 czerwca 1966 roku kopia Obrazu została siłą zatrzymana przez milicję w drodze z Fromborka do Warszawy, gdzie na 24 czerwca zaplanowano centralne uroczystości milenijne.

 

Obraz przez trzy miesiące przebywał zamknięty w archikatedrze warszawskiej. Następnie 1 września został zawrócony przez milicję z drogi do Katowic i zawieziony na Jasną Górę. W ten sposób wędrująca po swoim Królestwie w kopii Cudownego Obrazu Pani Jasnogórskiej znalazła się dosłownie za kratkami. Ojcowie Paulini umieścili bowiem obraz w Bazylice za kratkami w kaplicy św. Pawła z napisem na tablicy informacyjnej: Tu znajduje się uwięziony przez władze Obraz, który wędrował po Polsce”.

 

Był rok 1972, Obraz nadal przebywał uwięziony w Częstochowie. Nie uwolniono go nawet po objęciu władzy przez Edwarda Gierka po tragicznych wydarzeniach grudnia 1970 roku na Wybrzeżu. Jak zapisał ks. Wójcik, w 1972 roku dojrzała w nim myśl uwolnienia Obrazu. Ze swych zamiarów zwierzył się kardynałowi Stefanowi Wyszyńskiemu, który – mimo pewnych zastrzeżeń – plan ten zaakceptował. W czasie drugiego spotkania w tej sprawie prymas zapytał księdza Wójcika: „Co zdecydowałeś?” – „Będę kradł” – odpowiedział ksiądz. „To cię już w tej sprawie rozgrzeszam” – odpowiedział prymas.

 

12 czerwca 1972 roku samochodem dostawczym „Nysa” do Częstochowy udała się ekipa w składzie: ks. Józef Wójcik i ks. Roman Siudek oraz dwie siostry zakonne. Tego dnia plan wykradzenia Obrazu się nie powiódł, gdyż przebywał on na tzw. „Szczycie”. Wieczorem księża z Radomia pomagali nawet braciom zakonnym znieść Obraz z góry do kaplicy św. Pawła, gdzie zamknięto go za kratkami. Księża postanowili, że następnego dnia wcześnie rano podejmą próbę uwolnienia Obrazu. Wcześniej dorobionym kluczem księża otworzyli kraty kilka minut przed godziną 6, gdy fanfary obwieszczają odsłonięcie oryginału Obrazu w kaplicy Matki Bożej Częstochowskiej. Przy panującym wtedy tłoku i zamieszaniu na drodze do kaplicy nikt nie zwrócił uwagi na księży niosących przedmiot przykryty pokrowcem.

 

W ciągu kilku godzin Obraz trafił do Radomia i został ukryty na plebani jednej z parafii. Władze klasztoru z Jasnej Góry, które nie były wtajemniczone w plany uwolnienia Obrazu, zawiadomiły milicję o jego zniknięciu. Ponieważ ks. Wójcik był widziany w Częstochowie, podejrzenie padło na niego. Tym bardziej, iż ten niepokorny duchowny był już 18 razy karany przez władze PRL. Jednak tym razem nie przyznał się do zarzucanego mu czynu, a przesłuchujący nie mieli żadnych dowodów. Dzięki temu Obraz nie został wykryty i wyniesiony został dopiero na uroczystości w Radomiu w dniu 18 czerwca 1972 roku, rozpoczynające nawiedzanie w diecezji sandomierskiej, do której wtedy należał Radom.

 

Radosną wiadomość o powrocie kopii cudownego Obrazu Matki Bożej Częstochowskiej na trasę nawiedzenia rzeszom wiernych obwieścił w Radomiu Prymas Stefan Wyszyński i kardynał Karol Wojtyła, metropolita krakowski.

Formacja dokonuje się na poszczególnych etapach: kandydatura, postulat, nowicjat, juniorat i formacja ciągła. Więcej o formacji Sióstr Serafitek możesz przecztać tutaj.

12-ego czerwca 1987 uroczystą Mszę św. na ołtarzu-korabie celebrował Ojciec św. Jan Paweł II. Wówczas wygłosił on homilię do Świata Pracy, a słuchało Go około miliona wiernych.

 

Na pamiątkę tej historycznej Eucharystii, w sobotę 09.06.2007 r. przed kościołem Opatrzności Bożej sąsiadującej z pomnikiem Jana Pawła II uroczystościom mszy św. przewodniczyli, obok sekretarza stanu Stolicy Apostolskiej kard. T. Bertone, arcybp T. Gosłowski, bp. R. Kasyna, bp. Z. Pawłowicz oraz bp. J. Szlaga, wraz z licznie przybyłymi proboszczami. Wspólna modlitwa zgromadziła kilka tysięcy wiernych, w tym prezydenta L. Wałęsę, przewodniczącego Solidarności J. Sniadka, M. Płażyńskiego, prezydenta P. Adamowicza.


Kardynał Bertone odczytał list od papieża Benedykta XVI, w którym Ojciec św. błogosławił zebranym oraz dokonał poświęcenia Centrum Dokumentacji pontyfikatu papieża Jana Pawła II powstającego przy kościele Opatrzności Bożej.


W swej homilii kard. Bertone wskazywał na konieczność zachowania równowagi pomiędzy pracą a czasem wolnym oraz integralność wiary. Następnie w nabożeństwie modlono sie o rychłą beatyfikację Jana Pawła II. Kardynał Bertone otrzymał w darze wykonany z bursztynu pastorał – symbol łączności Archidiecezji Gdańskiej z Rzymem. Za jego pośrednictwem przekazano również prezent dla Ojca św. Benedykta XVII sukienkę z bursztynu Matki Bożej Jasnogórskiej oraz replikę trzech krzyży z bursztynu, te rzeczy wykonał Gdański Artysta M. Drapikowski.


Po mszy św. wierni prowadzeni przez poczty sztandarowe przeszli kordonem do parku, gdzie prezydent P. Adamowicz odsłonił zielony pomnik Jana Pawła II. Podobnie jak 20 lat temu tak i podczas tych uroczystości rocznicowych obecna była reprezentacja Kościelnej Służby Mężczyzn z parafii NMP Królowej Różańca św. – moderator K. Zakrzewski, F. Laskowski, S. Gorczycki, T. Brocki, G. Gorczyński, M. Wardaszko, J. Wronkowski oraz H. Szymański i M. Opuliński.


K. Zakrzewski

Była późna jesień 1958 roku. Po ukończeniu studiów w Instytucie Filozoficznym Księży Salezjanów w Woźniakowie znalazłem się na Wybrzeżu. Z moim wykształceniem nie mogłem znaleźć żadnej pracy. W okresie gomułkowskiego komunizmu takie wykształcenie nie było potrzebne, wręcz przeciwnie – szkodliwe.


Ponieważ miałem przygotowanie muzyczne postanowiłem kontynuować studia w Państwowej Wyższej Szkole Muzycznej, która mieściła się w Sopocie. Rektorem tej uczelni był profesor Piotr Rytel. Po złożeniu odpowiednich dokumentów i egzaminie wstępnym zostałem przyjęty na pierwszy rok studiów.


Moje pochodzenie nie kwalifikowało mnie do otrzymania stypendium pieniężnego czy akademika, a rodzice mieszkali daleko i byli zbyt biedni aby mi mogli pomóc. Starałem się o jakakolwiek pracę, by zdobyć pieniądze na życie. Przez pośrednictwo księdza prałata Mirynowskiego , kanclerza Gdańskiej Kurii Biskupiej, otrzymałem pracę organisty w powstającej parafii NMP Królowej Różańca Św.


Nowa parafia powstała w lipcu 1957 r. na peryferiach miasta i liczyła 4,5 tysiąca mieszkańców. Gdy zgłosiłem się do pracy, oddawano do użytku nową kaplicę. Obok w baraku mieszkał ksiądz proboszcz Roman Siudek. W tym samym roku powstała w Gdańsku Spółdzielnia Mieszkaniowa „Przymorze” i rozpoczęto budowę domów mieszkalnych na wolnych placach tuż przy nowej kaplicy.


Mieszkańców przybywało i dlatego proboszcz prosił księdza biskupa Edmunda Nowickiego, który administrował Diecezją Gdańską, o pomoc. Ksiądz biskup przychylił się do prośby i przydzielił pierwszych, wyświęconych w tej diecezji księży: Jerzego Wójcika i Bronisława Chudego.


Księża Wójcik i Chudy pochodzili z diecezji tarnowskiej. Tam wstąpili do Seminarium Duchownego i po kilku latach studiów na apel biskupa gdańskiego za zgodą swoich przełożonych przenieśli się do Gdańska, do nowo otwartego Seminarium. Ich pierwszą placówką Duszpasterską była parafia pod wezwaniem Najświętszej Maryi Panny Królowej Różańca Świętego na Przymorzu.


Z księżmi spotykaliśmy się codziennie, bo jako organista grałem na wszystkich Mszach św. Czasem zapraszałem księży do domu na kolację. Wszystko przebiegało normalnie do chwili, gdy ksiądz Jerzy nagle i poważnie zachorował. Jeszcze będąc w Seminarium miał operację na wyrostek robaczkowy. Operacja prawdopodobnie nie została dobrze wykonana. Powstały powikłania. W Gdańskiej Akademii Medycznej zrobiono mu kilka operacji i za każdym razem było coraz gorzej. Lekarze nie mogli postawić trafnej diagnozy. Przez te operacje wycięto mu niemal całe jelito cienkie. Tylko dzięki troskliwej opiece proboszcza księdza Romana Siudka ks. Jerzyprzeżył. Proboszcz codziennie jeździł do szpitala. Woził przygotowane przez gospodynię – panią Felę Szaciłowską posiłki, rozmawiał z lekarzami i zachęcał ich do dalszej troski o zdrowie ks. Jerzego. Opłacał pielęgniarki, by czuwały w nocy i prosił lekarzy o dobrą opiekę. Mimo tego stan Jurka był coraz bardziej poważny.


Pewnego wieczora ks. proboszcz wrócił ze szpitala załamany, przyszedł do sali, w której ćwiczyłem chór. Poprosił nas byśmy oddali krew potrzebną do następnej operacji księdza Jerzego. Zachęciłem chórzystów i mimo że była godzina 21.00 pojechali do stacji krwiodawstwa wszyscy. Po pewnym czasie, ks. Jerzy wyszedł ze szpitala, ale był bardzo osłabiony i miał z boku wyprowadzony woreczek. Codziennie go odwiedzałem, starałem się mu pomóc i rozweselić. Przyznał mi się wtedy, że pewnego dnia lekarze stracili nadzieję i nawet nie chcieli robić następnej operacji. Zostawili go w separatce i oczekiwali na jego śmierć. Nie wiedzieli, że ja jestem góral i tak łatwo się nie poddam – powiedział. Siłą woli zmusił się by żyć i przeżył. W następnym dniu, gdy szpital otrzymał większą ilość krwi zrobiono mu znowu operację. Po pewnym czasie, gdy się dowiedział, że tylu chórzystów wraz ze mną oddali krew, przyszedł na próbę chóru, uściskał każdego i tak się do nas zwrócił: „Jesteście mi wszyscy jak bracia”.


Dla księdza Jerzego praca w parafii była za ciężka, dlatego ksiądz biskup Edmund Nowicki postanowił wysłać go na studia. Zwrócił się z prośbą do biskupa w Tirolu a ten zgodził się przyjąć go na Uniwersytet Katolicki w Innsbruku. Zaczęły się długie i żmudne przygotowania do wyjazdu. Była to druga połowa lat 60-tych, nikt na zachód nie mógł wyjechać. Wyrobienie paszportu i wizy trwało kilka miesięcy. Poza tym ktoś z zagranicy musiał przysłać pieniądze na podróż i pisemnie zapewnić, że da pełne utrzymanie w czasie pobytu. Z Polski można było wywieźć tylko 5 dolarów jako kieszonkowe. Pieniądze na podróż i wszelkie zapewnienia dał biskup z Tirolu.


W marcu 1968 roku ksiądz Jerzy żegnany przez kilkoro przyjaciół, wsiadł na dworcu w Sopocie do pociągu i przez Wiedeń udał się do Innsbruka.


Na długie miesiące słuch o księdzu Jerzym zaginął. Trzeba tu wspomnieć, o żelaznej kurtynie pomiędzy krajami komunistycznymi a Europą Zachodnią. Listy szły miesiącami, bo były sprawdzane. Połączeń telefonicznych nie było. Telegram można było wysłać, jeśli była ważna potrzeba np. przedstawiając świadectwo zgonu osoby bliskiej. Nikt za granicę nie jechał i nikt z zagranicy nie mógł do Polski przyjechać.


Dopiero na Święta Bożego Narodzenia otrzymałem od księdza Jerzego kartkę pocztową z życzeniami. W międzyczasie dowiedziałem się, ze ksiądz Jerzy studiuje dogmatykę na Uniwersytecie w Innsbrucku. Otrzymał pokój i wyżywienie w Seminarium Duchownym, a na swoje wydatki zarabiał pomagając w parafiach lub zastępując kapelana u Sióstr Zakonnych.


Podczas wakacji nie przyjeżdżał do Polski, bo mógłby nie otrzymać paszportu na dalsze kontynuowanie studiów. W tym czasie zastępował księży, którzy wyjeżdżali na wakacje.


Pewnego lata pojechał na zastępstwo do Monachium. Tutaj odnowiła się dawna choroba i znalazł się w szpitalu. Zrobiono mu operację przywracając normalny proces trawienny żołądka. Technika medyczna w Niemczech była wyższa niż w Polsce, umiano sobie poradzić z tą chorobą. Ze szpitala wyszedł bez podwieszonego woreczka przy boku. Życie stało się bardziej normalne. Wprawdzie jelita cienkiego nie przedłużono i posiłki musiał jadać często, ale mógł normalnie żyć. Jeździł na nartach, dużo podróżował samochodem i bez problemu kontynuował studia na Uniwersytecie w Innsbrucku.


Gdy pierwszy raz przyjechał do swoich rodziców w Żyrakowskiej Woli znalazł czas, by odwiedzić także Gdańsk. Nie widzieliśmy się trzy lata, więc dużo sobie opowiadaliśmy. Poznałem wtedy jego zainteresowanie antykami, a w szczególności starymi rosyjskimi ikonami.


W następnym roku, gdy ksiądz Jerzy przyjechał do Polski spotkaliśmy się z nim w Dębicy. Ksiądz Jerzy chciał jak najdłużej być ze swoimi rodzicami, a szczególnie czuwać przy obłożnie chorym ojcu, dlatego cały pobyt spędził w Żyrakowie. Poznałem wtedy jego rodzinę, między innymi jego brata Józefa. Pamiętam, że byliśmy przez brata gościnnie przyjęci w jego nowym domu.


W roku 1974 nadarzyła się okazja by wyjechać za żelazną kurtynę do Europy Zachodniej, a konkretnie do Austrii. Ksiądz Jan Ossadnik, który wraz z księdzem Jerzym był wikariuszem na Przymorzu wyjechał z Polski na stałe i pracował jako wikariusz w Wiedniu. Po 1971 roku za rządów Edwarda Gierka, sytuacja w Polsce nieco się polepszyła. Z wielkimi trudnościami można już było wyjechać za granicę. Łatwiej było podróżować do krajów zależnych od Rosji. Tutaj wystarczyło mieć zamiast paszportu tzw. wkładkę paszportową i po wymianie pieniędzy można było jechać do Czechosłowacji na Węgry i do Bułgarii. Do innych krajów potrzebny był paszport i wiza. Otrzymałem zaproszenie od księdza Jana Ossadnika i po kilku miesiącach starań uzyskałem paszporty i wizę. Na wymianę polskich złotych na 200 dolarów potrzebna była zgoda specjalnej komisji. Były trudności z wypożyczeniem mapy drogowej Austrii i planu Wiednia, o ich zakupie nie było mowy. Plan Wiednia skopiowaliśmy na kalce technicznej. Mimo wielkich trudności 27 lipca dotarliśmy do Wiedniu.


Ksiądz Jerzy dowiedział się, że jesteśmy w Wiedniu i zaprosił nas do Innsbrucka. Mieliśmy wyznaczony przez władze paszportowe termin powrotu do Polski, więc przez tydzień gościliśmy u księdza Jana w Wiedniu, a drugi tydzień u księdza Jerzego. Podczas pobytu zwiedzaliśmy Wiedeń i przez Salzburg, drogą przez Alpy by ominąć Niemcy, dojechaliśmy do Tirolu. Ksiądz Jerzy skończył studia na uniwersytecie i mieszkał w klasztorze w Hall, tam pełnił funkcję kapelana. Serdecznie nas powitał i ugościł.


Zamieszkaliśmy w tanim hotelu na przedmieściu Innsbruka. Ksiądz Jerzy do południa miał zajęcia, a po obiedzie zwiedzaliśmy wspólnie piękny Innsbruk i jego górskie okolice. Wieczory spędzaliśmy na długich rozmowach. Ksiądz Jerzy już sześć lat przebywał w Austrii, więc znał dokładnie życie tego kraju. My zachwycaliśmy się nową techniką, budownictwem a przeważnie mnogością i różnorodnością towarów. On opowiadał nam o zagrożeniach, jakie niesie ze sobą nowa cywilizacja. Nam wtedy trudno było to zrozumieć. Potępialiśmy ustrój komunistyczny i zachwycaliśmy się życiem Zachodu. Na propozycję by tam zostać, nie mogliśmy się zdecydować. Nie znając języka ani nie mając odpowiedniego fachu, mielibyśmy wielkie trudności. Żegnając się w słoneczne przedpołudnie przy autostradzie biegnącej w stronę Linzu, mieliśmy wszyscy łzy w oczach.


Następne spotkanie odbyło się w Gdańsku. Ksiądz Jerzy przyjechał wraz ze swym kolegą Filipińczykiem, z którym przed laty studiował na Uniwersytecie w Innsbruku. Czas pobytu w Gdańsku był bardzo krótki. Odwiedził Kurię Biskupią i parafię na Przymorzu. Zobaczył nowy kościół parafialny i rozmawiał z proboszczem ks. Janem Majderem, kolegą z seminarium. Odwiedził też rodzinę państwa Przeździaków, którzy opiekowali się nim podczas pobytu w gdańskim szpitalu. To były jego ostatnie odwiedziny w Gdańsku.


Jesienią 1989 roku mój brat, ksiądz Marian został wysłany przez swoje Zgromadzenie do pracy w Niemczech. Otrzymał parafię w Bawarii w diecezji Augsburskiej. Przemiany polityczne w Polsce były już na tyle głębokie, że każdy Polak mógł mieć paszport w domu, a do Niemiec zostały zniesione wizy wjazdowe. Brat chętnie przyjmował u siebie gości z Polski, miał do tego dobre warunki. Obszerna plebania posiadała kilka umeblowanych pokoi, dwie łazienki i duży ogród warzywno – owocowy. Jako zakonnik lubił otaczać się młodzieżą z Polski, a gdy wyjeżdżał na wakacje ktoś z rodziny pilnował parafii. Niemalże każdego roku odwiedzałem brata. Z Wiesenbach gdzie miał parafię do Innsbrucka było 250 km., dlatego kilkakrotnie spotykaliśmy się z księdzem Jerzym na granicy pomiędzy Austrią a Niemcami.


Pierwsze takie spotkanie miało miejsce w Fussen. Zwiedziliśmy wtedy zamek w oddalonym o kilka kilometrów Neuschwanstein. Po obiedzie pożegnaliśmy się, bo ksiądz Jerzy spieszył do pracy i rozjechaliśmy się w swoje strony.


Następnym razem spotkaliśmy się w granicznym miasteczku Ettal. Jest tam duży klasztor z pięknym barokowym kościołem zbudowany na planie koła. Zwiedziliśmy kościół i klasztor, a potem ksiądz Jerzy zabrał nas na kolację do Austrii. Żeby nie być kontrolowanym przez straż graniczną jechaliśmy 10 km leśnymi drogami. Restauracja wybudowana w stylu tyrolskim z grubych drewnianych bali leżała tuż przy granicy niemieckiej, nad cudownym górskim jeziorem. Na kolację podano nam pstrągi z miejscowego jeziora duszone w maśle z migdałami. Wieczór był ciepły i pogodny. Olbrzymia tarcza księżyca świeciła nad szczytami Alp. Pożegnaliśmy się serdecznie i odjechaliśmy do swoich domów.


Jeszcze jedno spotkanie nadgraniczne odbyło się w Bad Tolz . Wtedy ksiądz Jerzy przyjechał ze swymi bratanicami: Agnieszką i Magdą. Spotkaliśmy się w miasteczku w porze południowej. Zjedliśmy wspólnie obiad w stylowej bawarskiej restauracji. Po obiedzie zwiedziliśmy miasteczko, które jest znanym bawarskim kurortem. Obok miasteczka na wysokim wzniesieniu stoi stary klasztor Ojców Kamedułów z zabytkowym kościółkiem przyklasztornym. Kościół ten ma ciekawą architekturę i był budowany etapami. Najstarsza część dolna jest wykuta częściowo w skale, ma skromny wystrój i jest bardzo mała. Nad nią wybudowano w późniejszym czasie większy kościół. Teraz to wszystko stanowi zabytek i jest odnawiane na koszt państwa niemieckiego. Z dziedzińca kościelnego rozpościera się wspaniały widok na miasteczko Bad Tolz i okoliczne wzgórza, porośnięte drzewami, typowe dla krajobrazu bawarskiego.


Wszystkie nasze spotkania z księdzem Jerzym były połączone ze zwiedzaniem ciekawych obiektów architektonicznych i miejsc historycznych.


Jeszcze wcześniej w roku 1990 będąc u brata w Bawarii, pojechałem do księdza Jerzego wraz z synem Grzegorzem. Zostałem zaproszony jako organista na Wielkanoc, by pomóc w ceremoniach Wielkiego Tygodnia i grać na organach w jego górskiej parafii.


Poza pracą kapelana Sióstr i wykładowcy religii w gimnazjach, ksiądz Jerzy był też proboszczem w małej górskiej parafii niedaleko Hall. W roku 1998 syn Grzegorz będąc już lekarzem, otrzymał miesięczne stypendium w klinice w Innsbruku u prof. Georga Riccabone. Pojechaliśmy z żoną odwiedzić syna, przy okazji spotkaliśmy się z księdzem Jerzym.


Kilka razy mój brat Marian zapraszał ks. Jerzego do siebie do Bawarii, ale nigdy Jurek na odwiedziny nie miał czasu. Wiele też razy ks. Jerzy zapraszał mego brata, dlatego w lipcu 1999 roku wybraliśmy się w odwiedziny. Mój brat pierwszy raz jechał do Austrii, więc wziął mnie jako przewodnika. W pobliżu granicy austriackiej zwiedzaliśmy w Lineburgu zamek Ludwika II Bawarskiego. Dalej jechaliśmy przez Ettal do granicy austriackiej. Zaraz za niemiecką granicą zaczynają się wysokie szczyty Alp. Przejeżdżaliśmy obok znanego ze sportów zimowych miasta Seefeld i stamtąd szeroką autostrada wjechaliśmy do Innsbruka.


Po powitaniu ksiądz Jerzy poprosił mojego brata by odprawił Mszę św. dla Sióstr i wygłosił okolicznościowe kazanie. Na godz. 19.00 pojechaliśmy do parafii księdza Jerzego. Tutaj odbyła się uroczystość odpustowa. Najpierw była Msza św. w jego kościółku parafialnym, a potem spotkanie wszystkich mieszkańców w dużej sali obok ratusza. Zebrani ludzie słuchali występów orkiestry, solistów i recytatorów spożywając tyrolskie potrawy. Zabawa trwała do północy. Widziałem ilu przyjaciół ma ksiądz Jerzy wśród Tyrolskich górali. Gdy wchodziliśmy do sali orkiestra zagrała marsz na nasze powitanie. Potem ksiądz Jerzy przemawiał do zebranych. Kilka razy jego przemówienie było przerywane oklaskami. Wielu parafian podchodziło do stolika, by z nim porozmawiać. Cały czas towarzyszyła mu pani burmistrz.


Ostatni raz widziałem się z księdzem Jerzym w lipcu 2000 roku. Będąc u mego brata w Bawarii zrobiliśmy z żoną wycieczkę objazdową przez Szwajcarię, Lichtenstein i Austrię. Odwiedziliśmy po drodze księdza Jerzego. Były to miłe chwile. Ksiądz Jerzy miał dużo wolnego czasu, więc chodziliśmy razem wąskimi uliczkami starego Innsbruka. Robiliśmy zdjęcia przy kamienicy ze złotym dachem i przy figurze Matki Boskiej, która stoi na centralnej ulicy Innsbruka. Potem pojechaliśmy daleko poza Innsbruk. W tyrolskiej restauracji ksiądz Jerzy podejmował nas kolacją. W lokalu grała tyrolska orkiestra a kelnerki były ubrane w stroje ludowe. Przy pożegnaniu ks. Jezrzy wręczył mojej żonie lilię wykonaną z ceramiki, a mnie butelkę dobrego koniaku.
Była już późna noc. Na granatowym niebie skrzyły się gwiazdy. Przy pożegnaniu mówiliśmy, że nie wiemy, kiedy znowu się zobaczymy. Mój brat kończył pracę w Bawarii i w najbliższych dniach na stałe wracał do Polski.


Ostatni uścisk dłoni, „Z Bogiem” – powiedział do nas ksiądz Jerzy „Z Bogiem”, jak zwykle przy pożegnaniu odpowiedzieliśmy mu i w gwiaździstą noc rozjechaliśmy się w swoje strony. To „Z Bogiem” wypowiedziane przez niego brzmi do dziś w moich uszach.


Na początku listopada 2001 roku dowiedzieliśmy się o tragicznym wypadku, jaki się wydarzył księdzu Jerzemu, a za kilka dni przyszła smutna wiadomość o jego śmierci. Pomimo, że ksiądz Jerzy z Gdańska wyjechał dawno temu, ma tu grono swoich przyjaciół. Niech o tym świadczy list pożegnalny i wieniec, wysłany z Gdańska do Innsbruka na jego pogrzeb.


Ksiądz Jerzy był człowiekiem zwykłym, normalnym i czynił wszystkim dobro. Idąc przez świat dobrze czynił, tak trzeba o nim powiedzieć. Takim zostanie na zawsze w naszej pamięci.

 

Jacek Romanowicz

 

Close Menu